Kryzys podmiotowości nauczycieli

Tytuł:

Kryzys podmiotowości nauczycieli

(ew.: Gdzie w obecnej debacie jest nauczyciel?)

Powiedzenie „w zbyt gwałtownym sporze ginie prawda” chyba trafnie charakteryzuje obecną sytuację wokół oświaty. Miejsce prawdy, faktów coraz bardziej zajmują emocje, wzajemne oskarżanie się. W mojej ocenie ta sytuacja najbardziej uderza w nauczycieli, którzy są solą, istotą szkolnictwa. Ten pogląd wyrażam od lat tym bardziej jako syn nauczyciela – lidera społeczności małej wsi kaszubskiej Świecino i potem uczeń co najmniej kilku świetnych pedagogów. Wyrażam też jako człowiek edukacji, chcący być obok coraz bardziej wyjaławiającego dialog w Rzeczpospolitej sporu: PiS i antyPiS. Dokonuję analizy, mimo że zapewne jest to przysłowiowe wołanie na pustyni.

I to co chciałbym powiedzieć, próbując przebić przez tę lawinę oskarżeń, hejtu, ale też poznając problemy pracownicze w swej działalności związkowej, to to, że obserwuję rosnące obniżanie pozycji zawodu nauczyciela oraz regres jego poczucia podmiotowości. Podobnie dyrektorów szkół.

I.

Warto zacząć od opisu sytuacji. To na przełomie wieków ówczesny premier Jerzy Buzek sformułował lapidarnie, ale bardzo trafnie istotę stanowienia dobrego prawa w oświacie. Ma ono w założeniu gwarantować równowagę edukacyjnego stołu, którego filary stanowią: organy nadzorujące (MEN i kuratoria) – organy prowadzące (m.in. JST ale też coraz bardziej dyrektorzy) – nauczyciele – uczniowie (i rodzice). Jeżeli w którymś segmencie ten zestaw praw i powinności zostanie bądź obniżony, bądź wyniesiony, oznaczać to będzie brak poczucia stabilizacji, które w szkolnictwie jest bardzo ważne. I właśnie z narastającą nierównowagą praw i obowiązków oraz brakiem poczucia stabilizacji, co wpływa na pogarszające się nastroje nauczycieli, mamy do czynienia obecnie. Co się stało?

Był taki moment w okolicach 2006 roku, gdy ministrem edukacji był m. in. Roman Giertych, kiedy próbowano naruszyć ten stan równowagi zwiększaniem uprawnień rodziców. Wiązało się to z ideą tzw. bonu edukacyjnego, które i obecnie znajduje się w programie jednego ze stronnictw parlamentarnych. To wpłynęło na wzrost pozycji rodziców w systemie szkolnym, oczekiwanie od szkół tak naprawdę zastępowania ich domowych powinności.

Drugi moment umowny, bo uruchomił on pewien proces, to zmiany w kodeksie wyborczym kilkanaście lat temu na rzecz bezpośredniego wyboru włodarzy gmin – wójtów, burmistrzów, prezydentów miast. Po kolejnych modyfikacjach prawa wyborczego – wysokiego ustanowienia progów referendalnych, te stanowiska stały się praktycznie nie do zmiany w trakcie kadencji. To było swoiste zaproszenie do wodzowskiego stylu zarządzania urzędem. Ta sytuacja formalno-prawna doprowadziła w konsekwencji do wzrostu pozycji włodarzy gmin w systemie szkolnym, do przekonania, że „wójt na zagrodzie równy wojewodzie”. To samo przekonanie sprawczości i władzy dotyczyło działających w ich imieniu wydziałów edukacji. Jednym z przykładów jest chociażby akceptacja wyboru w sporej szkole publicznej bliskiego członka rodziny dyrektora na swego zastępcę. Innym to powierzenie prowadzenia lekcji i to z etyki zawodowej osobie, która z tym miała problemy w poprzedniej szkole. Innym to wykorzystanie z budżetu JST kwoty ponad 20 tys. zł przez włodarza na swe studia podyplomowe. O tej kwocie na różne formy doskonalenia zawodowego nauczyciele, także z tej gminy, mogą co najwyżej pomarzyć (mimo że jest specjalny odpis na ten cel wynikający z art. 70a ustawy Karta nauczyciela). Jak mogą się oni czuć, obserwując podejście do budżetu danego organu prowadzącego? Podobnie jak zarobki samorządowców od tego roku. Dostałem e-mail z dwoma skanami tekstów prasowych. Jeden o zarobkach włodarza niedużego miasteczka, które będą wynosić ponad 19.400 zł, drugi o jego wypowiedzi nt. złego ministerstwa i braku podwyżek dla nauczycieli. Do tego dopisek nauczyciela: „I co pan, taki chwalca samorządów, powie na taką hipokryzję”? Sytuacje jak z pytaniem szatniarza w filmie „Miś” Stanisława Barei: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”? A przecież nauczyciele, dyrektorzy, ludzie z wykształceniem, to widzą, co wtedy czują?

II.

Wzmocnienie filaru JST (organu prowadzącego) doprowadziło do zmiany pozycji dyrektorów szkół. W miejsce reprezentantów pracowników szkół, rad pedagogicznych wobec organu prowadzącego stali się często pasem transmisyjnym decyzji, oczekiwań, czasami i poglądów włodarzy gmin. Część z dyrektorów źle znosiła i znosi ten stan, gdy jest się jakimś petentem przed urzędnikiem wydziału edukacji, część znosi to z pokorą, części jest to na rękę – ich wybór następował po swoistym namaszczeniu organu prowadzącego. Niestety, bywają sytuacje opisane w serialu „Ranczo”, w którym włodarz Wilkowyj mówi znamienne słowa, „co ze mnie byłby za wójt, gdyby przed konkursem nie widział, kto nim zostanie”. W poprzedniej kadencji parlamentarnej wypracowano tu pewien kompromis i jest 12 osób w komisjach konkursowych (po 3 przedstawicieli JST i kuratorium, po 2 rady pedagogicznej i rady rodziców, po 1 przedstawicielu związków zawodowych). To chyba wariant optymalny, ale problemem jest nasza skłonność do działań zakulisowych, podstolikowych. W rezultacie czasami nie wygrywają osoby prezentujące najlepsze koncepcje zarządzania szkołą, czy cechy wolicjonalne, a mające poparcie władzy lokalnej, z tzw. klucza polityczno-towarzyskiego. Skutkuje to mniejszym zainteresowaniem kandydowaniem na stanowiska dyrektorskie.

Jak pisałem w artykule „Dyrektor, silne czy słabe ogniwo szkoły”, a jest ich szacunkowo ok. 30 tysięcy, większość, to jej silny punkt, jednak zdarzają się przypadki rozumienia swego awansu jako możliwości manipulowania emocjami, strachem pracowników. Do tego brak empatii, pamiętliwość, mnożenie biurokracji, faworyzowanie wybranych. Problem kondycji dyrektorów wrócił w czasie epidemii za sprawą zwiększania przez niektórych z nich dodatkowych wymagań przy wprowadzaniu edukacji hybrydowej, on-line. Jak stoi za tym dodatkowo organ prowadzący, to bywa, że dochodzi do przypadków tzw. „przemocy w białych rękawiczkach”. W razie problemów przerzucania winy na nauczycieli i stawienia zarzutu, że „pani/pan sobie nie radzi”. Ten stan stworzył mechanizm, że dla tzw. świętego spokoju dany nauczyciel skrywa poczucie niesprawiedliwości w sobie, ale ono w nim jest. Powoduje przyjmowanie postawy, że lepiej się nie wychylać, a to duża strata dla procesu kształcenia i wychowania.  Tym bardziej wpływa na poczucie wypalenia zawodowego, chęci zmiany pracy. Ale i dyrektorzy, którzy wyrośli z nauczycielstwa, też przeżywają swe konflikty sumienia, dysonans poznawczy w zetknięciu z językiem, czasami arogancją urzędników danego JST. Należy podkreślić, że nie wszędzie, nie zawsze, ale tak też bywa.

III.

Dlaczego nie jest to sytuacja korzystna dla nauczycieli? Bo obecnie, w praktyce szkolnej, nie mają się do kogo odwołać. Czasami taką rolę odgrywają związki zawodowe. Ale nie wszędzie są, nie wszyscy do nich należą, ich możliwości też są ograniczone.

Dochodzi do takich sytuacji, gdy nauczyciel nie może zorganizować apelu nt. żołnierzy niezłomnych, bo ktoś z władz lokalnych krzywo na to patrzy. Dzieje się tak, mimo że odniesienie do tych faktów historycznych znajduje się w podstawie programowej. Nie można wykonać i wysłać kartek świątecznych żołnierzom Wojska Polskiego czy Straży Granicznej, bo ktoś tego nie chce i wszyscy dookoła się boją. Trudno interweniować w przedszkolu, mimo że dziecko przyniosło jakąś karteczkę promocyjną organizacji pozarządowej prowadzącej zajęcia, które sprawiają, że dziadkom włosy stają na głowie.

Nie może być w publicznej, państwowej szkole tego rodzaju sytuacji. I braku możliwości odwołania się. Warto zwrócić uwagę na to przesuwanie się w kierunku jednego filaru szkoły – organów prowadzących i czasami zestresowanych dyrektorów.

Nastąpiło w ostatnich latach przesunięcie akcentu ze szkoły państwowej na publiczną, bo teoretycznie ma większe znaczenie. Ale przecież szkoły, przedszkola działają jako filary państwa polskiego. To ono przekazuje samorządom – organom prowadzącym zaplanowaną w corocznym budżecie państwa tzw. subwencję oświatową. Dochody państwa są wypracowywane przez całe społeczeństwo, nie tylko mieszkańców danej gminy, miasta, powiatu czy województwa. Trudno się dziwić, że państwo i działający w jego imieniu demokratycznie wybrany Rząd, nie chce się zbyt wycofywać z tak ważnej sfery życia publicznego, jaką jest szkolnictwo. Chce mieć wpływ na to, co dzieje się z przekazywanymi środkami finansowymi. Nie do utrzymania jest lansowana narracja, że to tylko sprawa danego organu prowadzącego.  To nie są środki tylko danej jednostki samorządu terytorialnego. Pytanie: ile ma być państwa w systemie oświaty, jest ważne i dotyczy też owej zasady równowagi edukacyjnego stołu.

Stąd też nie bez znaczenia jest próba zabezpieczenia szkół,  przedszkoli, przed zbyt daleko idącymi ingerencjami z zewnątrz szkoły. Przecież od lat szkoły były zobowiązane do przygotowywania planów pracy na dany rok szkolny, tak w zakresie kształcenia, ale i szeroko rozumianej działalności profilaktyczno-wychowawczej. To przed rokiem szkolnym, a te plany opiniują rady pedagogiczne, rady rodziców, powinno się planować także zaproszenia osób i instytucji spoza szkoły. Nie na ostatnią chwilę, nie, bo nastąpiły jakieś naciski z zewnątrz. Dotyczy to także radnych, parlamentarzystów. Jeżeli zaproszenia, np. w szkołach ponadpodstawowych to tak, ale kierowane wcześniej, do biur różnych stronnictw parlamentarnych, nie tylko tego, które reprezentuje dany włodarz, czy rada. Szkoły powinny być apolityczne. Stąd niezbyt zrozumiały jest stawiany zarzut, że dopiero ta nowelizacja doprowadzi do ich upolitycznienia. Warto zwrócić uwagę, że w tej nowelizacji wpisano możliwość zmiany planu w trakcie roku, po uzgodnieniu z kuratorium, za pisemną zgodą rodziców na takie zajęcia.

Czyli jest furtka na takie doraźne działanie. Szkoła to nie straż pożarna czy stragan z nowinkami, ma uczyć, pokazywać różne punkty widzenia, poglądy polityczne, nurty światopoglądowe, jest strukturą tzw. długiego trwania. Element konserwatyzmu, dłuższego planowania, oparcia na sprawdzonych wartościach, nie sezonowych błyskotkach, na pewno jej nie zaszkodzi. Szkoła publiczna, nie prywatna, nie wyznaniowa, musi się też opierać na kadrze, która spełnia wymagania zapisane w ustawie Karta nauczyciela, ma kwalifikacje pedagogiczne, przechodzi procedury oceny pracy. Jest świadoma, składając swe podpisy, odpowiedzialności prawnej i etycznej, by nie rodzić podejrzeń, że chodzi o znaną triadę: władzę, pieniądze, a czasami i nadmierną ideologizację szkoły. Tu warto mieć na uwadze znane stwierdzenie, że wielkość zmiany mierzy się siłą oporu wobec niej.

IV.

            Z tego opisu sytuacji w szkole i wokół szkół, który oczywiście nie dotyczy większości organów prowadzących i dyrektorów, ale jednak się pojawia, wyłania się obraz sytuacji nie taki prosty i jednoznaczny. Samotność nauczycieli, czasami też dyrektorów, bywa zauważalna. Dobrych kilkanaście lat temu prof. Jadwiga Staniszkis sformułowała uwagę, że „Do szkół wrócił strach”. Niestety, ten stan nie opuścił placówek oświatowych i nie jest to tylko winą MEiN. Stąd wydaje się, że dyskutowany w parlamencie projekt zmian ustawy Prawo oświatowe jest szansą dla nauczycieli, którzy stali się zakładnikami pewnych sytuacji lokalnych. I, niestety, ale też dyrektorów, którzy bywa, że są traktowani zbyt przedmiotowo przez włodarzy gmin (mówię tu o zasadzie ogólnej, nie o zapisach szczegółowych, a przysłowiowy diabeł często tkwi w szczegółach). I gdzie mają się odwołać jedni i drudzy, zestresowani, czasami wręcz mobbingowani? Stąd zalecałbym większą powściągliwość w krytyce działań na rzecz wzmocnienia roli kuratora, który mógłby pełnić rolę mediatora między szkołą a organem prowadzącym. Takich zapisów nie ma wprost w projekcie zmian, ale liczy się też praktyka, poziom, kwalifikacje kuratorów i wizytatorów, co też pozostaje ważnym wyzwaniem. To może być element niezbędnej równowagi w zachowaniu polskiego, państwowego wymiaru szkolnictwa.

Wyraźnie bowiem widać, że została naruszona zasada równowagi, możliwości odwołania się do innej instytucji od organu prowadzącego (nie mówiąc o Komisjach Dyscyplinarnych przy wojewodach, które zajmują się innego rodzaju naruszeniami prawa. Tu bardziej odnosimy się do sytuacji i ocen wewnętrznych, czy relacji pracowniczych). Próby zwracania się o interwencje ws. dyskryminacji nauczycieli do kuratoriów oświaty kończyły się zazwyczaj bezradnym rozkładaniem rąk, z uwagi na brak odpowiednich instrumentów prawnych.

Zarazem warto apelować do MEiN, by nie otwierali jednocześnie zbyt wielu tematów konfliktowych. Tu ministrowi Przemysławowi Czarnkowi warto przypomnieć słowa marszałka Józefa Piłsudskiego:„Ja was wojny na dwa fronty uczyć nie będę. Bo wojna na dwa fronty to umieranie na placu Saskim z szablami obnażonymi w dłoniach w obronie honoru narodowego”. Czyli warto odłożyć dzisiejszą debatę na temat zwiększenia czasu pracy i zmian w ustawie Karta nauczyciela, a skupić się na:

  • Dochowaniu należytej staranności redagowania zapisów w ustawie Prawo oświatowe, posiłkując się także tzw. projektem prezydenckim ws. obecności organizacji pozarządowych w szkołach (był złożony w Sejmie przed wyborami w 2020 roku),
  • Zapewnieniu podwyżki wynagrodzeń nauczycieli od 1 stycznia 2022 r. i unikaniu błędów wynikających z wdrażanie programu Nowy Ład,
  • Pomocy szkołom w bardzo trudnym czasie kolejnych fal epidemii i docenieniu pracy nauczycieli w warunkach tak zagrażających ich zdrowiu.

Warto też by rządzący, szczególnie władze MEiN, pamiętali o urazach (nieufności, czasami podziałach), które pozostały w świadomości pracowników oświaty po strajku z 2019 roku, by starali się mniej wypowiadać na różnorodne tematy, a raczej organizować dobrze przygotowane konferencje, włączać głosy ekspertów. Pokazywać się jako ludzie edukacji, mniej polityki. Jako dobrzy sternicy edukacyjnej nawy, głos ponad półmilionowej rzeszy nauczycieli, widzący polskie szkolnictwo nie tylko w perspektywie danej kadencji parlamentarnej. Aby nie odbijać się co kadencja od  przysłowiowej ściany do ściany. Aby też nie generować lęków nauczycieli o to, czy będą mieli pracę, jakie będą ich wynagrodzenia, itd. Ten apel o argumenty merytoryczne, mniej ad personam, dotyczy także strony opozycyjnej w parlamencie, organach prowadzących, szkołach. Propagandę warto trzymać jak najdalej od procesu kształcenia i wychowania młodych pokoleń. A skupić się na zapewnieniu równowagi edukacyjnego stołu, czyli praw ale i obowiązków wszystkich jej uczestników.

Ps. Ważne jest też pytanie, co przetrwa z tych zmian? Czy rządzący nie tworzą broni obosiecznej, która będzie używana po zmianie władzy?

 Wojciech Książek

(Przewodniczący „S” oświatowej Regionu Gdańskiego,

Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997 – 2001)

Żarnowiec – Gdańsk, styczeń/luty 2022 roku

*

Inne napisane artykuły na ten temat (znajdują się na str. internetowej – podstrona: Teksty o edukacji):

Poz. 1, Artykuł o propozycjach zmian systemu wynagradzania nauczycieli,

Poz. 16/8, Artykuł: Potrzeba podmiotowych relacji w szkole (badania),

Poz. 18, Dyrektor – słabe czy silne ogniowo szkoły – uwagi,

Poz. 22/8, Znaczenie pytań podstawowych w edukacji.

*

Zapisy w dzienniku:

27 stycznia 2022 r. – Kryzys podmiotowości nauczycieli.

Napisałem artykuł o sytuacji w oświacie o postępującym regresie pozycji nauczyciela w systemie szkolnym. W trakcie analizy sytuacji towarzyszyły mi słowa z krótkiej rozprawy Mikołaja Reja, w której wójt mówi: „Ksiądz pana wini, pan księdza, a nam prostym zewsząd nędza”. Wystarczy zamiast „prostym” wstawić „nauczycielom”…

*

31 stycznia 2022 r. – Szkoła to nie stragan z nowinkami.

Na stronie internetowej (teksty edukacyjne, poz. 1, pkt 1) zamieściłem wywiad, który ukazał się w „Dzienniku Bałtyckim” (28 stycznia 2022 r.). Nawiązuję w nim do myśli, które szerzej rozwinąłem w artykule. Polskiej szkole w epidemii potrzebny jest spokój i podwyżka inflacyjna od 1 stycznia br. Szkole potrzebny jest system równowagi praw i obowiązków głównych jej partnerów. W centrum uwagi musi być uczeń i dobrze zmotywowany nauczyciel. Dyrektor szkoły także. Szkoła musi działać w sposób planowy, mądrze kształcić i wspierać wychowanie domowe, to nie przysłowiowy stragan z nowinkami.

*

Witam,

Na swej stronie internetowej zamieściłem artykuł o sytuacji w oświacie, o postępującym regresie pozycji nauczyciela w systemie szkolnym (części dyrektorów także).

Przyznam się, że z narastającym niepokojem oceniałem brak spojrzenia na sytuację w szkolnictwie przez pryzmat nauczycieli, a częściowo także dyrektorów (także przy debacie nt. projektu zmian w ustawie Prawo oświatowe – tzw. Lex Czarnek). Na problem zapewnienia równowagi praw i obowiązków jej głównych filarów, a jak piszę w tekście, widać wyraźne przesunięcie w kierunku JST (organów prowadzących). Poza tym szkoła musi działać w sposób planowy, co dotyczy także zapraszanych organizacji pozarządowych, ma mądrze kształcić i wspierać wychowanie domowe, opierać się – także w organizacji zajęć pozalekcyjnych – głównie na przygotowanej pedagogicznie kadrze nauczycielskiej. Szkoła państwowa, ze swą tradycją, pokoleniami absolwentów, to nie przysłowiowy stragan z nowinkami.

Staram się w artykule nazywać pewne problemy myśląc o szkolnictwie – ponad podziałami politycznymi, które, niestety, tak wyraźnie dominują w debacie publicznej, pracach legislacyjnych. Tekst zamieściłem na stronie internetowej, ma więc wymiar publiczny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s